
W czwartek 27 listopada 2008r. wszystkie klasy drugie i większość klas pierwszych, które nie miały przyjemności pisania próbnej matury (he, he;) ), wybrały się do Akademii Muzycznej na przygotowany przez grupę studentów spektakl „Ale folwark!” na podstawie „Folwarku zwierzęcego” George’a Orwella.
Zastanawiam się, dlaczego właściwie tworzy się adaptacje książek. Jeśli są one wierne treści, stają się nudne i przewidywalne. Natomiast gdy zawierają nowe wątki, oskarża się je o zbezczeszczanie dzieła pierwotnego. Jeszcze pół biedy, jeżeli te przedstawienia czy filmy są majstersztykami, jednak, moim skromnym zdaniem, ten występ do takich nie należał.
Niestety, już po kwadransie zaczęłam się nudzić i nerwowo patrzeć na zegarek. Wiedziałam, co będzie dalej, a aktorom nie udawało się swoją grą zainteresować i utrzymać napięcia. Co więcej, większość żartów wcale nie była śmieszna. Nie wiem, jak zareagowali inni, ale mnie zirytował też nowy, wprowadzony przez reżysera wątek o tematyce miłosnej. Właściwa akcja przeplatała się z tkliwą historią konia Boxera i… owieczki Jessie! Moim znajomym przeszkadzała także nijaka kreacja bohaterów (jeden z aktorów, grających świnię był ubrany po prostu w spodnie, różową koszulę, krawat i kaszkiet), jednak ja, po namyśle, przyznaję im za to plusa. Gdyby mieli na sobie komiczne zwierzęce przebrania, albo chodzili na czworakach, my, licealiści, poczulibyśmy się potraktowani jak dzieci, do których tylko taka dosłowność może przemówić. Za oszczędzenie nam tego, jestem im bardzo wdzięczna. Muszę też przyznać, że chyba w trzech momentach szczerze się zaśmiałam, a scenografia była dość udana (najbardziej podobało mi się przedstawienie ludzi jako cieni stojących za podświetlonym parawanem).
Wierzę, że „Folwark zwierzęcy” nie jest łatwy do efektownego zobrazowania, szczególnie na scenie teatralnej. Studentom się to udało tylko częściowo, choć na pewno ci, którzy nie czytali tego utworu, bawili się o wiele lepiej ode mnie.
Marysia Bogdańska kl. 2h